Trekking w Gruzji – Mestia

Trekking w Gruzji – Mestia

Witajcie! W tym poście przeniesiemy Was do uroczego górskiego miasteczka w północno-zachodniej części Gruzji – Mestii, w regionie Swanetia. Trafiliśmy tu podczas naszej dwutygodniowej podróży, której szczegółowy plan możecie przeczytać w tym poście.

Do Mestii dostaliśmy się z Zugdidi autostopem – nie było łatwo, ale się udało. 🙂 Przekopaliśmy mnóstwo blogów i stron w poszukiwaniu ciekawych tras. Nie jesteśmy mountain freakami, ale góry bardzo lubimy. Wyruszyliśmy na poszukiwania jezior Koruldi, lodowca Chaaladi oraz jednodniową wycieczkę do najwyżej położonej wioski w Europie – Ushguli.

SPIS TREŚCI

1. Z Mestii nad jeziora Koruldi
2. Lodowiec Chaaladi
3. Wycieczka do Ushguli z Mestii

Gruzja to kraj, do którego mogłoby się wracać bez końca. Tym razem zobaczyliśmy tylko Kutaisi, stolicę i Mestię, ale mamy nadzieję wybrać się do Gruzji jeszcze raz. Chcemy przyjrzeć się Kaukazowi, pochillować na plaży wpatrując w Morze Czarne i zobaczyć, ponoć pełne kontrastów, Batumi. Taki mały kraj, a tyle do zwiedzania… Jednak następnym razem wybierzemy cieplejsze miesiące, bo trekking zimą nie należy do najłatwiejszych. :Dw

Z Mestii nad jeziora Koruldi

Naoglądaliśmy się mnóstwa pięknych zdjęć tych jeziorek – wspaniałe widoki, nietrudna trasa, no po prostu miód malina… rozmarzeni przeoczyliśmy jeden szkopuł – wszystkie blogi/strony przedstawiały tę trasę w lecie. A my wyruszaliśmy na “spacerek” w temperaturze -5 do -10 stopni. 😀 No trudno. Na poszukiwanie pięknych widoków wybraliśmy się z samego rana. Droga nad jeziora, wg autorów niektórych blogów, miała trwać ok. 3 godziny. Po późniejszej analizie doszliśmy do wniosku, że tak krótki czas był spowodowany łatwiejszym szlakiem lub po prostu lepszą kondycją niż nasza. Okazało się, że chcąc pójść na skróty wybraliśmy najtrudniejszą z dostępnych tras – pomarańczową. Jest to szlak, na który trzeba wejść z głównej drogi, kierując się w stronę muzeum lub przydrożnego hostelu Teo Guesthouse. Do tego miejsca z naszego hostelu Roza’s Guesthouse było ok. 30 min spaceru. Stamtąd trzeba kierować się cały czas na północ, pod górę (mimo że na mapce widać ślepy zaułek). Mijamy domy, polany, a następnie wchodzimy w zalesione ścieżki. Poniżej amatorskie mapki. 😀

Wyruszając z miasta spotkaliśmy bardzo przyjaznego owczarka niemieckiego, który tak nas polubił, że postanowił wyruszyć z nami. 🙂 Pomysł nieziemski, więc nazwaliśmy go Mars (o dziwo czasem reagował).

Jeden z kierowców, który podwiózł nas na stopa do Mestii ostrzegał nas przed niedźwiedziami, które żyją w tutejszych górach, dlatego stwierdziliśmy, że przyda nam się jakaś obrona. Kilka sytuacji jednak szybko nam uzmysłowiło, że piesek lubi dotrzymywać towarzystwa, ale jeśli chodzi o obronę to zdecydowanie woli przekazać pałeczkę komuś innemu. Po drodze kilkanaście (jak nie kilkadziesiąt) ujadających psów z łatwością wpędzały Marsa za lub między nasze nogi. Przez to trochę się o niego baliśmy i odganialiśmy stada broniących swoich rewirów czworonogów. Ostatecznie – i na nasze wielkie szczęście – nie spotkaliśmy żadnego większego zwierza. 😀 W Gruzji jest dużo chętnych przyjaznych psich wędrowników, więc podczas spacerów czy nawet wspinaczek raczej nie będziecie sami. 🙂

Droga choć piękna, to bardzo trudna (prawie wypluliśmy kilka razy płuca). Ostre i rzadkie górskie powietrze nie ułatwiało wspinaczki. Kawałek drogi mierzący zaledwie 4 km pozwolił nam wznieść się na wysokość 800 m! Mimo że przystanki były robione średnio co 10 minut, to nie żałujemy wyboru – nasz szacunek do gór wzrósł jeszcze bardziej. 🙂 W miarę pokonywania coraz większej wysokości, naszym oczom ukazywały się zapierające dech w piersiach widoki. 

Wejście na charakterystyczne wzgórze Tskhakvzagari zajęło nam ok. 3 godziny. Znajduje się tam drewniana wiata widoczna na zdjęciu, pod którą można odpocząć oraz krzyż (schowany za nią). Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby coś zjeść i ponapawać widokiem.

Wg trasy stąd do jeziorek miało być ok. 2 godzin, szliśmy cały czas wydeptaną ścieżką, która rzekomo miała nas do nich doprowadzić. Jednak śledząc Google Maps niestety nie udało nam się do nich dotrzeć. 😀 Ostatecznie mamy dwie wersje:

  1. Zgubiliśmy się i zboczyliśmy z trasy.
  2. Jeziorka były po prostu zasypane śniegiem… – ta wersja wydaje nam się bardziej prawdopodobna, bo jeden z taksówkarzy, który chciał nas do tego miejsca podwieźć, odradzał nam tę wyprawę. Nie bardzo wiedzieliśmy dlaczego. Teraz wiemy. 😀 Mimo wszystko – trasa zdecydowanie warta przebycia.

Około 6 godzin wędrówki i zatrzymaliśmy się przy znaku, który wskazywał na kierunek jezior Koruldi… Ręce nam opadły, my też opadliśmy – na ziemię, zmęczeni i głodni. Ale! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, widoki były obłędne i nie żałowaliśmy tej wędrówki. W ten dzień przeszliśmy około 20 km. Nasz Mars też nie marudził – dostał trochę wody, lobiani i kabanosa, więc miał energię na drogę powrotną. 😉 Była 16 i powoli zaczynało się ściemniać, dlatego ruszyliśmy z powrotem do Mestii. Kawałek podwiózł nas jeden z mieszkańców. Nie miał za dużo miejsca, ale szybko ustalił, że Marcin będzie jechał z nim w furgonetce, a ja… kucałam na przyczepie przytulając się do kawałka pnia, który radośnie wiózł do domu na opał. Wołałam cały czas Marsa, który biegł kilka km za nami. <3 Koniec końców udało nam się dostać do miasta, a pieska odstawić do domu (pomieszkiwał na czyjejś posesji). Ten wspaniały dzień zakończyliśmy winnym poczęstunkiem od gospodarza, a potem padliśmy zmęczeni, by nazajutrz wybrać się na lodowiec Chaaladi. 😉

Lodowiec Chaaladi

Ta trasa jest zdecydowanie łatwiejsza, choć dłuższa, bo droga w dwie strony to około 20-25 km. Warto jednak dodać, że w okolicach informacji turystycznej w centrum Mestii zawsze kręcą się taksówkarze, którzy mogą Was podwieźć kilka km za lotnisko Tamary, gdzie kończy się asfaltówka. Cena to ponoć ok. 40-50 gel (50-65 zł). Spod mostku linowego jest już tylko 5 km (ok. 2 godziny drogi). My, mimo że byliśmy zmęczeni po poprzednim dniu, woleliśmy się przejść i oglądać wspaniałe górskie szczyty. Trasa na lodowiec jest prosta, prowadzi cały czas wzdłuż głównej drogi w mieście i poza nim (jak na poniższej panoramie), przechodzimy też obok maleńkiego lotniska w Mestii. Wszędobylskie krowy (i ich placki) dodawały uroku wędrówce. Udało nam się nawet złapać stopa, dzięki któremu zaoszczędziliśmy godzinę drogi.

Poniżej znany punkt orientacyjny – linowy mostek, przez który należy przejść, by trafić na szlak do lodowca. Warto pamiętać, że zimą nie przejdziemy nim. Trzeba trzymać się lewej strony i tuż obok mostka skręcić w lewo. Był tam mały, ledwo widoczny znak. My nieopatrznie poszliśmy dalej i musieliśmy się wracać, bo droga była zablokowana. Dodatkowo trwały remonty, które trochę nas (i inną podróżniczą parę) zmieszały. Później szlak jest lepiej oznaczony, są znaczki na głazach, no i wydeptana ścieżka, którą idzie się spokojnie ok. 2 godziny. Trzeba tylko bardzo uważać, bo jest niesamowicie ślisko! Szlak prowadził przez las, a potem wzdłuż częściowo oblodzonej i niespokojnej rzeki Mestiachala (twór z topniejącego lodowca) – tu już były świetne widoki. Po drodze spotkaliśmy sympatyczną parę seniorów – z chihuahuą pod pachą! 😀 Poza nami ludzi w ogóle nie było, ewidentnie okres poza sezonem, polecamy. 🙂

No i jest! Impoujący lodowiec Chaaladi –  u podnóża góry Uszba (po gruzińsku znaczy wiedźma). Zatem kolejna udana trasa za nami. 🙂

3. Wycieczka do Ushguli z Mestii

Trzeci dzień naszej eksploracji górskich krajobrazów spędziliśmy na odwiedzeniu pobliskiej wioski – Ushguli, położonej na wysokości 2200 m n.p.m. Wybraliśmy się tam dość nietypową taksówką z napędem 4×4, którą zamówił dla nas gospodarz w hostelu dzień wcześniej. Chętnych było jeszcze 3 innych turystów, więc pojechaliśmy w 5 osób – koszt to 35 gel za osobę (ok. 45 zł). Dojechaliśmy tam w 2 godziny. Mimo że to odległość niecałych 50 km, to droga nie należała do łatwych. Była podziurawiona, oblodzona i nierzadko biegnąca nad skarpami, więc trzeba jechać wolno. Po dotarciu na miejsce mieliśmy 3 godziny czasu wolnego (kierowca poczekał na nas). Ushguli przywitało nas przepiękną zimową, słoneczną aurą. 🙂

W Ushguli mieszka ok. 200 osób, dosłownie kilkadziesiąt rodzin. Charakterystycznymi obiektami są wieże obronne pomiędzy domami. Powstały w średniowieczu i służyły do obserwacji terenu, a także schronienia przed najazdami. Jest tu też kilka świątyń, m.in. widoczna na zdjęciu poniżej cerkiew św. Marii położona na wzgórzu. Podobno osoby, które nie mogą mieć dzieci, przychodzą się do niej modlić o błogosławieństwo. Nie weszliśmy do środka, woleliśmy chodząc wokół, ze wzgórza, cieszyć oczy widokami wioski, której piękno ukazało się  w całej swej okazałości. 🙂

Polecamy zabrać ze sobą jakieś przekąski, bo zimą w Ushguli wszystko jest nieczynne (choć pewnie i tak są tu max. 3 knajpki). Zapytaliśmy o to dla pewności jednego z mieszkańców – potwierdził, po czym zaprosił nas do siebie do domu – jego mama poczęstowała nas pysznym chaczapuri imeruli i rozgrzewającą herbatą. Udało mi się ukradkiem zrobić zdjęcie w oczekiwaniu na ten przysmak – luksusów w mieszkaniu brak, ale za to atmosfera świetna i niezapomniana. 🙂 Głupio nam było zjeść za darmo, więc daliśmy gospodyni 10 gel, z czego bardzo się ucieszyła. Wizyta w Ushguli była zdecydowanie jedną z najlepszych atrakcji całego wyjazdu! Bardzo polecamy przyjazd tutaj przy okazji wizyty w Mestii. 

Kontynuując naszą podróż – z Mestii do Tbilisi polecieliśmy samolotem lokalnej linii VanillaSky, więcej informacji znajdziecie w poprzednim poście.

Dajcie znać, czy podobają Wam się takie górskie klimaty. 🙂

Dodaj komentarz